Avocadoland

By kuba • Chile • 11 Apr 2011

Dziesięć godzin na pokładzie samolotu, niesmaczny obiad, jajecznica z proszku na śniadanie, cztery filmy na DVD i już jesteśmy na innym kontynencie, konkretnie w Chile.  A czujemy się jakbyśmy byli na innej planecie.  Wszystko jest tu tak różne od Nowej Zelandii! No właściwie to są góry, ale to jedyne podobieństwo.  Krajobraz w kolorach piasku i ziemi.  Szaro, buro i sucho.  Nad miastem unosi się smog.  Tyle smogu, że nie widać otaczających miasto szczytów Andów.  A szkoda…  Samo Santiago przy pierwszym spotkaniu nie budzi sympatii.  Jakoś tak tu szaro, brudno, licho.  W architekturze eklektyzm.  Kolonialne kamienice sąsiadują z potworkami z wielkiej płyty i szklanymi wieżowcami.  To efekt lokalizacji.  Trzęsienia ziemi zrobiły swoje.  Średnio co 20 lat Chile nawiedza katastrofalne trzęsienie ziemi, co 5 lat – silne, kilka razy w miesiącu – pomniejsze.  Dla mieszkańców to normalka.  Buduje się budynki, które to wytrzymają.  Ich uroda nie jest najważniejszą cechą.

W Santiago mieszkamy u couchsurfingowców – przesympatycznych Natalii i Ignacio.  Pierwszej nocy, chyba na powitanie – trzęsienie ziemi.  Ale to jedno z tych słabszych (z punktu widzenia Chilijczyków), może 6 stopni w skali Richtera? Mieszkamy na 13 piętrze 22-piętrowego wieżowca.  Nasz budynek podobno tylko się bujał (tak jest zaprojektowany).  Podobno, bo sami nie wiemy.  Nawet się nie obudziliśmy 🙂 W mieszkaniu nic nie trzęsło, nie było żadnych zniszczeń, o trzęsieniu ziemi dowiedzieliśmy się po fakcie.  Natalię poinformowali w pracy przy kawie.  Ot, u nas na przerwie w pracy narzeka się na pogodę, w Santiago – na trzęsienia ziemi.  Przy bliższym poznaniu okazuje się, że miasto jednak da się lubić.  że wzgórz i wieżowców panorama Santiago jest przepiękna.  Zwłaszcza przy zachodzie słońca i odrobinie szczęścia, kiedy nie ma smogu.  Widać wtedy ośnieżone szyty gór.  Poza tym pełno tu klimatycznych miejsc, małych uliczek, kafejek, uroczych kościołów.  Ludzie, a szczególnie nasi gospodarze są przesympatyczni.  Wszyscy mili, uśmiechnięci, pomocni i wyrozumiali dla mojego dukania po hiszpańsku.  No i jeszcze jedno – pełno tu avocado.  Jedzą je wszyscy, do wszystkiego (dodają nawet w McDonaldzie do hamburgerów 🙂 Avocado to chilijski owoc narodowy.  A my je bardzo lubimy.  Jest tu pyszne i w miarę tanie (szczególnie w porównaniu z cenami tego owocu w Polsce.  Raczymy naszych gospodarzy zupą z avocado (przepis znaleźliśmy w Internecie, bo tu się w takiej postaci go nie jada).  Oni, natomiast raczą nas typowymi chilijskimi drinkami, terremoto (znaczy trzęsienie ziemi a składa się że słodkiego, musującego wina z sorbetem ananasowym) i maremoto (znaczy tsunami, skład taki sam jak terremoto + owoce 🙂

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+