Australijski film drogi

By kuba • Australia • 18 Jan 2011

W rolach głównych my, nasz van i australijskie zadupia.  Taka produkcja odznacza się dwoma cechami – jest dłuuuga i nudna.

„Stało się, stało się to co miało się stać…”, dalej nie napisze, bo cytat jest niecenzuralny – w każdym razie powódź „dopadła” i nas.  Tuż przy Rockhampton.  Okazało się, że dalej na południe drogi są nieprzejezdne, podobnie na zachód a na wschodzie ocean.  Nie pozostało nam więc nic innego niż zawrócić na północ (500 km!) i tam zacząć objazd powodzi przez interior kontynentu.

W pewnym momencie było tak źle, że wydawało się, że będziemy musieli jechać aż przez Ayers Rock (nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że to ponad 4000 km i nie starczyłoby już czasu na jakiekolwiek zwiedzanie – musielibyśmy jechać non stop a i tak moglibyśmy się nie wyrobić na samolot Ani i Maćka z Sydney).  Na szczęście nie było tak źle – skończyło się na jedynych dwóch tysiącach kilometrów objazdu.  Zamiast jechać wybrzeżem przemierzamy australijskie bezdroża.  Ile to dni w aucie? Pięć, sześć? Jedziemy i jedziemy, niewiele rozrywek po drodze.  W sklepach kryzys – jak w Polsce za PeeReLu.  Puste półki – nie ma mięsa, warzyw, owoców, pieczywa, nabiału, a nawet kukurydzy w puszkach i kończy się makaron.  Mleko, o ile jest, wydzielają – tylko dwa litry na rodzinę.  Drogi w wielu miejscach zalane – w takich wypadkach Kuba przeciera szlak przez „jeziora”, sprawdza jak głęboka jest woda, za nim podąża van.  Spotykamy też sporo zwierzaków – w końcu.  Całe tabuny kangurów, które wcale nie są płochliwe i pozwalają nam się zbliżać, żeby na nie popatrzeć i cyknąć fotki.  Kangury są zabawne i bardzo nam się podoba to, jak podpierają się ogonami, kiedy wypatrując czegoś w oddali stają na tylnych łapach..  Jest też sporo strusi – zabawnie biegają, a mnie bawi sposób w jaki falują im pióra na tyłkach podczas biegu 🙂

Poza tym naszymi ulubieńcami są żaby – różnej wielkości, za to jednego koloru – żarówiasto, odblaskowo zielone.  Wyglądają jak zrobione z plastiku lub wosku.  Zabawkowe żaby.  Słodkie.

To przyjemna strona australijskiej, bujnej fauny.  Jest i ta ciemna – insekty.  Ich obfitość i różnorodność poraża i przeraża.  Zamieniają każdy kemping w piekło.  Wchodzisz do toalety, a tu podłoga żyje własnym życiem – spod nóg uciekają żuki, żuczki, żaby, żabki i setki koników polnych.  Aż strach się ruszyć, żeby tego towarzystwa nie zadeptać.  Najgorsze są, oczywiście moskity.  Pełno ich tu i gryzą jak wściekłe.  Nigdzie w Azji nie spotkaliśmy takiej ilości komarów i nigdy w życiu nie byłam tak pogryziona.  Niedobrze – malarii tu, co prawda, nie ma, ale jest denga i jakieś inne red fiwery.  Może się uchowamy…

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+