Atlas Wysoki i Jebel Toubkal

By kuba • Góry, Maroko • 20 Jan 2009

Imlil zaskoczyl nas śniegiem po kolana (zazwyczaj śnieg, nawet zima, pojawia się dopiero powyżej linii schroniska), lodem i spadającymi na głowę soplami.  Spożyliśmy rozkoszne śniadanie na słonecznym tarasie jednej z knajpek, niespiesznie dopakowaliśmy plecaki (namiot postanowiliśmy zostawić na dole – spać zamierzaliśmy w schronisku, wiec niepotrzebny nam dodatkowy balast) i około południa (przecież droga do schroniska zajmuje tylko ok 4-5 h) ruszyliśmy w gore.

Po drodze widoki wspaniale – biel i błękit, ośnieżone szczyty, bezchmurne niebo, tabuny dzieciaków na nartach i sprzęcie narto podobnym.  Słonce trochę dawało się we znaki, ale wcale nas to nie zniechęciło.  Śniegu robiło się coraz więcej i więcej.  Na szczęście szlak był przetarty a stopnie solidne i wygodne.  Niestety, kolejne schodzące z góry ekipy psuły nam humory.  Najpierw para Belgów (na oko doświadczonych w górach a z pewnością świetnie wyposażonych) – wymęczona i zrezygnowana.  Twierdzili, że nie jest możliwe dostać się do schroniska, że błądzili w śniegu po pas, że niebezpiecznie, szlaku nie ma, a ich zastała noc i musieli biwakować w Malo przyjemnych okolicznościach.  My jednak postanowiliśmy iść dalej, mimo ich ostrzeżeń.  W miedzy czasie śniegu robiło się więcej, a szlak stawał się coraz trudniejszy i mniej przetarły.  Kolejna napotkana grupa byli Polacy – zrezygnowali, bo śnieg był za głęboki, nie dało się iść, a oni nie mieli sprzętu.  Morale podniosła nam wiadomość, że dwóch ich kolegów, bardziej doświadczonych i lepiej wyposażonych postanowiło jednak nie rezygnować.  My również postanowiliśmy iść dalej.  W ostatniej wiosce na szlaku wypiliśmy gorąca herbatkę i zasięgnęliśmy języka u miejscowych – radzili nam zostać w wiosce na noc i potwierdzili wieści, że schronisko zostało odcięte przez śnieg.  Z pewnymi obawami, jednak postanowiliśmy iść dalej.  Mięliśmy nadzieje dogonić naszych rodaków.  Pyzatym – odnaleźliśmy ślady nart ski-tourowych pozostawionych przez grupę Hiszpanów, którzy kilka godzin wcześniej również wyruszyli do schroniska.  Godzina była pozna (według naszego planu co najmniej od godziny powinniśmy już grzać się w schronisku, tymczasem byliśmy w połowie drogi i mieliśmy jeszcze jakieś dwie godziny światła dziennego).  Szlak jednak był przynajmniej trochę przetarty przez Polaków, droga niezbyt skomplikowana i wyznaczona przez narty, my w dobrej formie (nie licząc kulejącego kolana Kuby) – zapadła wiec decyzja, że “napieramy”.  Powoli i mozolnie wspinaliśmy się do góry.  Nie była to przyjemna wędrówka – co chwila któreś z nas zapadało się w śniegu po pas.  Zaczęło się już ściemniać kiedy spotkaliśmy dwóch naszych rodaków – schodzili na dół…  I za nic nie chcieli dać się namówić, żeby jednak powalczyć z nami.  Zostaliśmy sami na placu boju – trzej muszkieterowie.  Po kilkudziesięciu minutach morale trochę nam siadło, zaczęliśmy nawet rozważać możliwość noclegu w jamce śnieżnej.  Na szczęście Kuba zauważył w oddali (w bardzo dalekiej oddali) światła schroniska.  Bardzo nas to podniosło na duchu.  Lonely Planet twierdzi, że światła schroniska widać na godzinę przed dotarciem do niego.  Zdawaliśmy sobie sprawę, że w warunkach zimowych zajmie to trochę więcej czasu, ale nie spodziewaliśmy się, że Beda to jeszcze 4 godziny…  Oraliśmy w głębokim śniegu, coraz bardziej zmęczeni i przemoczeni.  Na szczęście czuliśmy się dobrze a humor nam dopisywał.  Mieszkańcy schroniska zauważyli światła naszych czołówek i zaniepokojeni (było już dawno po zmroku) zjechali na nartach, żeby sprawdzić, czy wszystko z nami w porządku.  Byliśmy w znakomitych nastrojach, wiec zabrali tylko najcięższe plecaki (znacznie poprawiło to komfort przedzierania się przez zaspy) i śmignęli z powrotem do schroniska.  Nam droga na gore zajęła jeszcze dwie godziny…  Dotarliśmy po północy, zmęczeni i przemoczeni, ale humory dopisywały.  Ogrzaliśmy się przy kominku, pogadaliśmy chwile z mieszkańcami (tylko dwóch Marokańczyków z obsługi – Hamid i Mohammed) oraz sympatyczny Kanadyjczyk, który krecil film o wspinaczce lodowej w Atlasię) i udalismy się na spoczynek.

Schronisko, w którym się zatrzymalismy ( href=”http://www.toubkal.one.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=3&Itemid=14″>Chatka Francuskiego Zwiazku Alpinizmu) to dosyc wielka landara, murowana, pietrowa, w srodku wylozona kafelkami – zimna i bez klimatu, za to stanowila solidne schronienie.  Wszedzie (nawet w pomieszczeniu, w którym byl kominek) straszliwie zimno.

W zwiazku z tym, że do schroniska dotarlismy pózno i dosyc zmeczeni, postanowilismy nieco zmodyfikowac plany i wstrzymac się z atakiem szczytowym.  Kolejny dzien mielismy zamiar wykorzystac na wypoczynek i ewentualnie jakas mala wedrówke aklimatyzacyjna.  Nic z tego.  już o 3 w nocy zerwala się potezna burza śnieżna, która wyrwała nas że snu.  Rankiem było tylko gorzej – wichura i śnieżyca tak silna, że problemem było nawet otworzenie drzwi a wyprawa po drewno do komórki oddalonej o 5 metrów stanowiła ekstremalne wyzwanie.  Śnieg wdzierał się do środka mimo pozamykanych okien i okiennic i uszczelnionych szmatami drzwi.  Tym sposobem zyskaliśmy jeden dzien. totalnej laby.  Szkoda tylko, że książki zostawiliśmy we wsi na dole…  Nie chcieliśmy zabierać zbędnego obciążenia.  Mimo to czas upływał przyjemnie – graliśmy w szachy i statki, gawędziliśmy z gospodarzami i Zetem.  Oglądaliśmy materiał, jaki udało mu się do tej pory nakręcić oraz sprzęt jaki skompletował samodzielnie że śmieci z przy-schroniskowego skladzika rupieci – wspaniale narty ski-turowe (każda narta inna, jedna połamana, wiązania że szmat), które mimo wszystko świetnie się spisywały i pozwalały na sprawne poruszanie po głębokim, kopnym śniegu.  Wspólnie gotowaliśmy – w końcu mięliśmy okazje przygotować tradycyjnego tangina.  Zet zrobił wspaniały sos curry, praktycznie z niczego.  Podczas gdy my się nim zajadaliśmy nasi gospodarze patrzyli z powątpiewaniem.  Okazali się Malo otwarci i nieufni w stosunku do innej niż marokańska.  Za to zachwycili się tortilla – tylko dla tego, że jest podobna do ichniego omleta i tangina z jajek.  Poza tym przełamywaliśmy lody resztkami nalewki z Polski.  Tylko Hamid – starszy z chatarów krzywo patrzył na nas, kiedy rozgrzewaliśmy się nalewka – nie pozwalał stawiać alkoholu na stół.  Był pierwszym prawdziwie pobożnym Marokańczykiem, jakiego poznałam – kromy, cichy, zamknięty w sobie, stronił od używek, czytał Koran do poduszki i modlił się 5 razy dziennie.  Jego towarzysz – Mohammed patrzył tęsknie w stronę nalewki, ale nie ośmielił się spróbować w towarzystwie Hamida.

Kolejnego dnia obudziła nas, a jakże, wichura.  Burza trwała już grubo ponad dobę i wcale się nie zanosiło na poprawę.  Musieliśmy porzucić marzenia o wejściu na szczyt i zaczęliśmy się martwic groźba utknięcia w górach na dłużej i spóźnienia na samolot.  Relaks, szachy i nalewka już nas nie cieszyły.  na znak protestu postanowiliśmy zostać w śpiworach do południa.  Tuz po 11 wichura jakby ucichła i zaczęło pojewiac się nieśmiałe słonce.  My natomiast zabraliśmy się do roboty – trzeba było odkopać schronisko, odgarnąć śnieg z podwórka i powynosić z pomieszczeń zaspy, które się potworzyły pod oknami.  Dzielnie pracowaliśmy przez kilka godzin a twym czasie rozpogodziło się na dobre.  Widok błękitnego nieba zachęcił nas do podjęcia próby zejścia do cywilizacji.  Wyruszyliśmy dosyć późno (nasza specjalność) – po 14:00.  Mięliśmy przed sobą 6 godzin światła dziennego, dość trudny i niebezpieczny z powodu ogromnej ilości śniegu szlak.  Na szczęście Hamid wyposażył nas w rakiety śnieżne – miął tylko jedna parę, która dostała się Kubie z powodu jego zepsutych kolan.

W górnych partiach szło nam całkiem nieźle – podczas burzy zeszło kilka lawin, a po lawinisku chodzi się wygodnie, prawie jak po betonowym chodniku 🙂 Za to niżej było znacznie gorzej.  Zapadaliśmy się wszyscy troje, nawet Kuba w rakietach.  Odkopanie się że śniegu po pas w rakietach to nie lada sztuka i zajmuje mnóstwo czasu, wiec w końcu Kuba zdecydował się je zdjąć.  Cale wieki zajęło nam dotarcie do pierwszej wioski.  Zostawiliśmy tam rakiety dla Hamida i posililiśmy się herbatka.  dalej szlak był już przetarty wiec tylko śmignęliśmy do Imlilu.  było już bardzo późno, ale nam szczęśliwie udało się znaleźć Male, przytulne schronisko prowadzone Pres zabawna Francuskie i jej marokańskiego męża.  naszymi współlokatorami okazali się…  nikt inny tylko Polacy – sympatyczna para, która następnego dnia miała zamiar atakować Toubkala (ciekawe, czy im się to udało?).  Rankiem okazało się, że żaden transport do Imlilu nie dojeżdża, wiec musieliśmy pokonać kilka kilometrów na piechotę po oblodzonym i piekielnie slizgim asfalcie w sandałach (buty górskie mięliśmy tak przemoczone od pływania w śniegu, że nikt nie zdecydował się ich włożyć) zanim udało się dotrzeć do taksówek skłonnych nas zawieźć do Marrakeszu.  Atlas opuszczaliśmy zachwyceni, ale i odrobinę rozczarowani – przecież nie udało nam się zrealizować naszych górskich planów.

2 Responses

  1. Zazdroszczę Wam zacięcia, ja bywam na nartach w Dolomitach, ale nie mam z kim sie wspinac. Może z Wami, jesli nie macie nic przeciwko?

    • Inka, my ostantio cos sie malo wspinamy… ale o towarzystwo nie tak trudno , sprobuj zapisac sie gdzies na scianke na jakis kurs/sekcje potem juz pujdzie z gorki w gorki 🙂

  • RSS
  • Facebook
  • Google+