Aszgabad

By kuba • Turkmenistan • 27 Jun 2010

Dziwna stolica dziwnego państwa.  Miasto kiedyś pewnie wyglądało normalnie, ale zostało całkowicie zniszczone przez trzęsienie ziemi w 1948 roku.  Odbudowali je Rosjanie w charakterystycznym dla siebie stylu.  Potem prezydent Nijazow znów wyburzył pół miasta i postawił olbrzymie, ociekające przepychem pałace i wieżowce z białego marmuru i złota.  Są to głównie budynki rządowe, teatry, hale koncertowe, centra handlowe, hotele, pomnik-fontanny bez gustu i luksusowe apartamentowce.  W 700-tysięcznym Aszchabadzie naliczyliśmy z pięć uniwersytetów, a budują się kolejne.  Większość z tych budynków stoi pusta i nieużywana, ale nadal powstają nowe.  Centrum miasta wygląda kosmicznie – szerokie i puste ulice, mało samochodów, żadnych przechodni i te ogromne marmurowe dziwolągi, które w nocy są bajecznie oświetlone.  W południowej części miasta powstała (i cały czas się rozbudowuje) nowa „dzielnica idealna” – same budowle z marmuru i parki z fontannami.  Prawie nikt tam nie mieszka, życie tętni tylko na budowach, gdzie powstają kolejne „cudeńka”.  W tutejszych hotelach nie ma kto mieszkać – tubylców nie stać, turyści nie chcą, bo daleko do centrum.  Chodząc po tej części miasta mamy wrażenie, że jesteśmy bohaterami jakiejś powieści science-fiction napisanej przez Orwella.  My po pierwszej nocy spędzonej w marmurowym pałacu (wspaniały jest tylko na zewnątrz, w środku wyłazi komunizm) przenieśliśmy się do „ludzkiej” dzielnicy w starej części miasta.  Z pewnością niedługo i ona zniknie, bo nowy prezydent kontynuuje dzieło zmarłego poprzednika i sukcesywnie wyburza stare budynki na ich miejsce stawiając nowe, marmurowe.  Idzie na to większość pieniędzy za gaz i ropę naftową, a zarabiają francuskie firmy budowlane i włoskie kamieniołomy, które są głównymi dostawcami marmuru.  Nasz hotel jest obleśny i wcale nie tak tani (30 USD/noc – turyści płacą 10-20-krotność stawki dla miejscowych).  Dzięki temu, że nas przenieśli możemy zobaczyć jak funkcjonuje tu normalne życie.

W Turkmenistanie gaz i prąd są za darmo, benzyna po 60 gr za litr (ostatnio bardzo podrożała, w Iranie nadal kosztuje 12 gr/litr).  W zimie budynki ogrzewane są nie tylko wewnątrz, ale również na zewnątrz, żeby można było posiedzieć przed domem albo się przespacerować i nie zmarznąć.  To sprawia, że ludziom nic się nie chce.  Nawet pracować, bo podstawowe warunki bytowe mają zapewnione przez państwo (bezrobocie sięga 60%, bo każdy dostaje od prezydenta „kieszonkowe” i nie trzeba pracować, a jak brakuje kasy na wódeczkę, to zawsze można dzień lub dwa pojeździć na taksówce).  Mamy wrażenie, że z Turkmeńskiej kultury nie pozostało nic (może na małych wioskach, do których na razie nie możemy dotrzeć, obawiamy się jednak, że zostały przerobione na kołchozy i zsowietyzowane).  Ludzie są smutni, opryskliwi.  Dotkliwie odczuwamy zmianę nastawiania tubylców do nas w porównaniu z Iranem.  Tam mieliśmy status świętej krowy i wszyscy stawali na głowie, żebyśmy byli zadowoleni.  Tutaj wszyscy nas unikają jak ostatniej zarazy – pracownicy hotelu, bo jesteśmy dla nich problemem, w restauracjach – bo im się nie chce wysilać, na ulicy – bo ludzie się boją gadać z obcymi.  No cóż – co kraj to obyczaj.  Humory poprawiała nam tutejsza domasznaja kuchnia – pirożki, blinczyki, manty i cziburieki, czyli potrawy mączne we wszystkich postaciach, które ja uwielbiam.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+