Aqaba

By kuba • Jordania • 12 May 2010

Dziś był bardzo fajny dzień.  Rankiem wydostaliśmy się z Ammanu – złapaliśmy bezpośredni autobus do Aquaby – miejscowości nad Morzem Czerwonym.  W drodze podziwialiśmy Jordanię – zupełnie nieznany nam krajobraz.  Trasa autobusu wiedzie przez Desert Highway, przez nieprzyjazną, górzystą pustynię, nie mającą nic wspólnego z naszym wyobrażeniem o piaszczystych wydmach.  Wszędzie tylko skały, kamienie, kurz i niesamowity upał.  Na szczęście w autobusie klimatyzacja, momentami nawet zbyt sprawnie działająca (dobrze, że zabraliśmy polary).  Jordania ma bardzo dobre drogi (zresztą do tej pory wszystkie kraje, które odwiedziliśmy miały lepsze autostrady niż Polska).  Z północy na południe wiodą trzy główne drogi: na zachodzie – Dead Sea Highway, pośrodku – Kings’ Highway, a na wschodzie – Desert Highway.  Można nimi wygodnie dotrzeć do najważniejszych miejsc.  Ogólnie rzecz biorąc, we wszystkich autobusach kursujących na Bliskim Wschodzie serwowane są ciasteczka i napoje.  No cóż…  nie w Jordanii.  A przynajmniej nie w autobusach firmy United.  Pod koniec podróży stewardessa wystawiła nam rachunek.  Na szczęście ceny były bardzo przystępne, po prostu się zdziwiliśmy.

Na miejscu postanowiliśmy zrobić zakupy w pobliskim supermarkecie i pojechać kilka kilometrów za miasto, w stronę granicy z Arabią Saudyjską i tam zamelinować się na jakimś kempingu, wypocząć i ponurkować.  Właściciel sklepu okazał się przemiłym człowiekiem – spędziliśmy u niego ponad godzinę gawędząc i pijąc soczki.  W końcu Muhanned postanowił zamknąć na trochę sklep i podrzucić nas swoim autem na plażę.  Bardzo nam tym ułatwił życie, gdyż było już dosyć późno i trudno byłoby nam znaleźć jakiś sensowny transport.  Serdecznie pożegnaliśmy się z naszym nowym znajomym i obiecaliśmy odwiedzić go następnego dnia.  Nad morzem czekała na nas kolejna miła niespodzianka – widok przepiękny, woda czyściutka, plaża ogólnie dostępna i bezpłatna – można na niej biwakować, są prysznice i toalety.  W środku tygodnia niewiele osób tam biwakowało – tubylcy pracują, a turyści wolą jednak pobliskie hotele.  Nie było więc tłoku.  Obok nas, w dwóch olbrzymich namiotach urzędowało tylko dziesięciu sympatycznych Jordańczyków.  Spędziliśmy wspólnie miły wieczór pijąc herbatkę i gawędząc.  Pojechaliśmy też na ryby, ale nic nie złowiliśmy (nie licząc dwóch maleńkich rybek, bajecznie kolorowych, które nadawały się raczej na ozdobę akwarium niż na patelnię.  Może jutro będziemy mieć więcej szczęścia 🙂 Jeden z naszych nowych przyjaciół ma sprzęt do snorklowania i świetnie zna pobliskie rafy koralowe, bo wychował się w Aquabie (studiował za to w Wilnie).  Obiecał zabrać nas rano na oglądanie najpiękniejszych korali i wraku statku.  Nie możemy się doczekać!

Wakacje 🙂

Rafy koralowe są przepiękne – możecie obejrzeć zdjęcia w galerii, ale to i tak nic w porównaniu z tym, jak wyglądają na żywo.  Ja musiałam oczywiście zaliczyć bliskie spotkanie z koralem – poparzył mi skubaniec kolano.  Oparzenie wygląda jak całkiem misternie wykonany tatuaż, nawet mi się podoba 🙂

Morze Czerwone jest fajne, nasi nowi znajomi również – zostajemy dłużej i nie zamierzamy robić nic oprócz byczenia się na plaży, opalania, snorklowania i popijania piwka (bo piwo i drinki, owszem, są 😉 Chcąc odwdzięczyć się przynajmniej odrobinę za gościnność nam okazaną kupiliśmy wczoraj parę piw (tak nieśmiało i bezalkoholowych, of course).  Na ich widok Jordańczycy prychnęli z pogardą i wyciągnęli flaszkę wódy a do tego z sok pomarańczowy 😉

Wczoraj byliśmy też w kwaterze głównej specjalnej strefy ekonomicznej w Akabie (Aquaba Free Economic Zone).  Poszliśmy podstemplować paszporty a skończyło się na przyjemnej rozmowie że znudzonym urzędnikiem.  Dowiedzieliśmy się sporo o możliwości inwestowania w Jordanii oraz obdarowani suwenirami (w tym memory stickami do kompa 🙂 No i nie musimy płacić za wizę.  Owocna wizyta!

Na razie trzymamy się dzielnie z pisaniem relacji – problem bywa czasem z podłączeniem się do sieci i załadowaniem ich na stronkę, no ale staramy się.  Dziś korzystamy z uprzejmości naszego znajomego sklepikarza – siedzimy u niego za ladą, popijamy soczki i surfujemy trochę w sieci.  Teraz pewnie będzie dłuższa przerwa w uaktualnianiu stronki – jedziemy do Wadi Rum (góry na pustyni) i nie będziemy mieli dostępu do sieci.  Buziaki!

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+