Angkor Wat

By kuba • Kambodża, UNESCO • 19 Dec 2010

My już w Kambodży.  Udało się bez problemów przedostać przez granicę (znaczy się bez dawania łapówek, płacenia frycowego oraz bez oberwania po zębach – tak, tak, nasz kolega Peter jakieś dwa tygodnie wcześniej został zaatakowany werbalnie i fizycznie kiedy odmówił zapłacenia podwójnej stawki za wizę w jednej z przygranicznych restauracji).  Tajowie całkiem nieźle wyspecjalizowali się w łupieniu naiwnych turystów – funkcjonuje tu cały przemysł „przekrętowy”.

My jednak spokojnie przedostajemy się na stronę kambodżańską w celu „ukulturnienia” (na nic więcej nie starczy nam czasu – a szkoda, bo mają tu i wspaniałe, rajskie plaże, i nieprzebytą dżunglę, i piękne góry).  Nasz pierwszy cel – Siem Reap, miasto w którym znajduje się słynny kompleks khmerskich świątyń – Angkor Wat.

W świątyniach pojawiamy się jeszcze przed świtem, oglądamy wschód słońca nad główną świątynią a potem naszym wynajętym tuk-tukiem (trzykołową taksówką motorową – chyba fajniej byłoby na rowerze, ale tego nie wiedzieliśmy) jeździliśmy od jednej „ruiny” do kolejnej.  Kompleks jest olbrzymi, rozciąga się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów i zawiera ruiny półtoramilionowego miasta i kilkunastu świątyń pochodzących z różnych epok imperium Khmerów (najstarsze mają ponad tysiąc lat!).  Całość robi niesamowite wrażenie, nie da się tego opisać słowami.  Niektóre że świątyń są bardzo dobrze zachowane, inne niszczeją „pożerane” przez dżunglę, jeszcze inne to już tylko zbieranina kamieni.  Każde z tych miejsc ma swój niepowtarzalny klimat.  Naszymi faworytami są świątynie: Bayon (to ta z ogromnymi, kamiennymi głowami, całkiem dobrze zachowana) oraz Ta Prohm (praktycznie „zjedzona” przez dżunglę, z niesamowitymi, ogromnymi drzewami, które obrastają mury).

Gdybyśmy mieli tydzień, może udałoby się zobaczyć wszystko w Angkor Wat.  Nam jednak musiał wystarczyć jeden dzień spędzony od świtu do zmierzchu na zwiedzaniu wspaniałych świątyń.  To jedno z najpiękniejszych i najmagiczniejszych miejsc, jakie odwiedziliśmy podczas tej podróży.

Siem Reap to dziwne miasteczko – w związku z olbrzymią ilością turystów zostało sztucznie „zeuropeizowane”.  Główna ulica nazywa się „Pub Street”, w centrum pełno „zachodnich” budynków, kafejek, sklepów dla „białasów” (świetnie zaopatrzonych, koszmarnie drogich i z darmowym dostępem do wi-fi).  Próżno tu szukać kambodżańskich klimatów.  My jednak mile spędziliśmy czas – spotkaliśmy się z japońską przyjaciółką Kuby i Maćka – Azumi, uczciliśmy urodziny Marty (tort był, ma się rozumieć w bałwanki 🙂 oraz spróbowaliśmy przepysznej, tutejszej kuchni – nasi ulubieńcy to khmerski grill (na zdjęciu) oraz amoc – ryba skąpana w mleku kokosowym i upieczona w liściach bananowca, pyyyycha!

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+