Aleppo

By kuba • Syria, UNESCO • 5 May 2010

Niniejszym ogłaszamy i uspokajamy – jesteśmy już zdrowi, nic nie dolega J Oraz dziękujemy za wszystkie życzenia urodzinowe dla Kuby, które przez cały dzień spływały SMS-ami, mailowo i w komentarzach na stronce. Kubie było bardzo, bardzo miło! Dzięki!
Dzień rozpoczęliśmy śniadaniem w hoteliku (bez zachwytu – herbata, jajko na twardo, serek topiony, odrobina marmolady figowej plus stary, niesmaczny tutejszy chleb-pita). Bez grymaszenia zjedliśmy co było i poszliśmy na rekonesans. Syria podoba nam się bardzo, a właściwie to na razie podoba nam się Aleppo, jedyne miasto, które do tej pory w tym kraju odwiedziliśmy. Wszystko jest tu tak różne od miejsc, które znamy – budynki, ruch uliczny, jedzenie, sklepy, ludzie. Syria prezentuje dziwny typ architektury – taki trochę obciachowo-pałacowy – jeśli chodzi o nowe budownictwo. Stare budynki są fajne 🙂 obejrzyjcie na zdjęciach. Po ulicach każdy jeździ jak umie i może – szybko, pod prąd, nie ma wyznaczonych pasów ruchu na ulicach – zdarza się po pięć aut obok siebie. Wszyscy trąbią, ale się nie denerwują No i kompletnie olewają przechodni – przejście przez ulicę to ogromne wyzwanie, światła są, ale nie wiadomo po co – nikt się nie stosuje do ich sugestii. Co do jedzonka pyszne i tanie – stołowaliśmy się w małej knajpce odwiedzanej przez lokalsów oraz na ulicy. Nie pochorowaliśmy się, a wrażenia dla podniebienia baaardzo pozytywne. Jesteśmy fanami tutejszych fast-foodów – serwowane są świeżo wyciskane soki owocowe, ręcznie robione i wypiekane na miejscu świeżutkie, drożdżowe bułeczki z różnorodnym nadzieniem (trochę przypominają pizze), pity na ciepło i zimno, wegetariańskie i mięsne, które kupuje się na obleśnych straganach i spożywa na ulicy zakąszając krojonymi warzywami wprost ze straganu. „Normalnych” sklepów nie uwidzisz – zakupy robi się w maleńkich kramikach, oczywiście nigdzie nie ma cen i trzeba się targować. Ludzie za to są bardzo fajni – uśmiechnięci, sympatyczni, miło pozdrawiają turystów, ale nie są natrętni czy nachalni. Oczywiście cała ich uprzejmość nie przeszkadza im w zdzieraniu kasy i robieniu w balona na każdym kroku – wydają za mało reszty, zawyżają ceny. Za to wszędzie czuliśmy się bezpiecznie. W Aleppo zobaczyliśmy cytadelę (wspaniała, niestety nie będziemy mieć pewnie dobrych zdjęć – słońce świeciło tak mocno, ze fotki nie powychodziły), najstarszy i największy meczet w mieście (z ponad tysiącletnim minaretem, który się zachował niezmieniony przez te wszystkie lata), słynny bazar, wspaniałą, starą fabrykę, w której do tej pory wyrabia się mydło oliwkowe (z czego słynie Aleppo). Najbardziej jednak podobało nam się łażenie pośród wąskich uliczek starego miasta – miało to swój niesamowity urok i klimat.  Popołudnie spędziliśmy na spacerze z naszym znajomym poznanym poprzedniego wieczoru, Amalkiem i jego dwoma małymi, słodkimi synkami. Ja byłam tym spotkaniem trochę rozczarowana, bo Amalk obiecał pokazać nam wspaniałe miejsca niedostępne dla turystów, a zaprowadził nas na… bazary z tandetą. Chciał koniecznie nas przekonać, że w Syrii wszystko można kupić, że jest to bardzo nowoczesny i liberalny kraj, że każdy robi co chce, że jest wolność wyznania, że kobiety mogą się ubierać jak chcą. Mimo to, spacer zaliczamy do udanych. Wieczór zakończyliśmy kolacją w małej knajpce z lokalnym, domowym jedzeniem – było pyszne. Za jedzenie i picie dla 5 osób zapłaciliśmy ok. 20 złotych i to też nam się podobało. Zmęczeni wróciliśmy do hotelu na zasłużony odpoczynek – jutro trzeba rano wstać, bo jedziemy do Bejrutu.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+