6.3 w skali Richtera

By kuba • Nowa Zelandia • 22 Feb 2011

Dworzec, twój autobus właśnie podjeżdża, wstajesz, zarzucasz plecak na ramiona i…  ziemia osuwa ci się spod nóg, dosłownie.  Do tego ściany zaczynają tańczyć, kawałki sufitu i szkło lecą na głowę.  Już w pierwszej sekundzie wiesz – to trzęsienie ziemi! Całe życie wcale nie przebiega ci przed oczami.  Przebiega za to tłum spanikowanych ludzi.  Jesteś tu i teraz.  I myślisz intensywnie– wybiec na zewnątrz? Toć to centrum miasta, wysokie budynki, wąska ulica, wszystko się sypie i wali.  Zostać w środku? A jeśli dworzec nie wytrzyma i przygniotą cię tony gruzu? No to może pod stół?

(Czytałam gdzieś, że tak się robi w przypadku trzęsienia ziemi).  Stół nawet jest tuż obok, ale nad nim wisi sporych rozmiarów monitor wyświetlający godziny odjazdu autobusów – wolę, żeby całe to szkło i okablowanie nie zleciało mi na plecy.  Co robić? To wszystko przelatuje mi przez głowę w ułamku sekundy.  Kuba chwyta mnie za rękę i próbujemy biec jednak w stronę wyjścia.  Nie jest to łatwe, trudno utrzymać równowagę, podłoga faluje, trzeba chronić głowę i uskakiwać na bok, gdy coś odpada z sufitu.  Musimy dotrzeć do drzwi, a właściwie w pobliże ściany nośnej – stajemy w przejściu – nad głową mamy dach, który wygląda solidnie i chroni nas przed niezidentyfikowanymi obiektami spadającymi.  Gdyby sufit jednak miał się zawalić możemy łatwo wybiec na zewnątrz.  Ale tak naprawdę nie ma dobrej taktyki, jesteśmy bezradni – co z nami będzie to przypadek, kwestia szczęścia.  Szczęście jednak nam dopisuje.

Mija cała wieczność i wstrząsy ustają a my jesteśmy cali i zdrowi.  Dworzec autobusowy to budynek niestary i dość nowoczesny – całkiem dobrze zniósł trzęsienie – posypał się sufit, spadło kilka lamp, parę cegieł, jest kilka pęknięć w ścianach i tyle.  Większość osób, które były tam z nami nie odniosła poważnych obrażeń – rozbite głowy, skręcone kostki, widok krwi jednak przeraża.  Wychodzimy na ulicę (jeszcze tylko trzeba uważać na spadające tu i ówdzie cegły) i widać, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia co my.  Niektóre budynki zamieniły się w kupy gruzu, na środku drogi leży do góry nogami jakaś kopuła, która spadła z wieżyczki jednej z kamienic, mijamy kilka zmiażdżonych aut.  Pełno płaczących dzieciaków – wracały właśnie że szkoły.  Dorośli akurat mieli przerwę na lunch – sporo osób było na ulicach.  Chodniki i asfalt popękane, pozapadane.  że szczelin wypływa woda i jakieś szare błoto – duża część miasta jest w nim upaprana, toną w tym samochody.  Wokół wycie syren i alarmów samochodowych.  Armagedon.  Kuba wynosi nasze plecaki, wyciągamy apteczkę.  Dziewczyna z rozbitą głową jest w szoku, ale zajęli się nią już znajomi.  Obok nas stoi babeczka w zaawansowanej ciąży – nie, nie potrzebuje pomocy i chyba jednak jeszcze nie rodzi 🙂 W powietrzu unosi się zapach ulatniającego się gazu.  Trzeba stąd jak najszybciej zmiatać, najlepiej na jakiś parking (byle nie piętrowy) lub inną otwartą przestrzeń.  Zapewne będą jeszcze wstrząsy wtórne, nie wiadomo jak silne.  A więc którędy? Nie znamy przecież miasta.

Nagle, dosłownie kilka minut od trzęsienia, pojawiają się ratownicy.  Jeden z nich prowadzi cały zdezorientowany tłum w bezpieczne miejsce, pozostali zamykają zagrożone wybuchem gazu ulice.  Jesteśmy pod wrażeniem szybkości i sprawności ich działania.  I cierpliwości w kontakcie z rozhisteryzowaną masą– są stanowczy i rzeczowi, ale grzeczni, żaden nie podnosi głosu, spokojnie tłumaczą po kilka razy te same rzeczy, za to im dzięki i szacunek.  Mają też doświadczenie – to już drugie trzęsienie ziemi tutaj, poprzednie było we wrześniu, 5 miesięcy temu.  Było silniejsze (7.1), ale epicentrum znajdowało się dużo dalej od miasta a wstrząsy były głębiej (znaczy – mniej odczuwalne na powierzchni).  Wtedy zniszczenia miasta były dużo mniejsze, no i nikt nie zginął.  My wiemy, że w tym przypadku będą zabici.

Już na parkingu, z dala od budynków i słupów telegraficznych dopada nas pierwszy wstrząs wtórny – dosyć słaby, ale napędza strachu.  Postanawiamy jak najszybciej wydostać się z miasta, tak jak planowaliśmy wcześniej, na południe.  Mamy jedzenie, wodę, nowy namiot (właśnie po niego przyjechaliśmy do centrum Christchurch), jesteśmy samowystarczalni.  Z miasta wydostać można się tylko na piechotę – wszystko stoi w wielkim korku.  Mijamy centrum handlowe – kilkupoziomowy parking „skompresował” się jak tost…  Ja mam ogromną schizę przed przejściem obok estakady.  Wychodzimy z centrum, dołączamy do grupki miejscowych, którzy opuścili biura i udają się do domu.  Jedna babeczka oferuje nam podwózkę (chce jechać w naszym kierunku), jak tylko uda się jej do dzwonić do męża…  Jasne, komórki przecież nie działają.  Zresztą – i tak poruszamy się szybciej niż samochody.

Idziemy już autostradą, ruch jakby płynniejszy, ale nadal jest to mega zator.  Sympatyczny, starszy pan w solidnym jeepie macha do nas i zaprasza do auta – jedzie na południe, może nas podwieźć.  Ja mam opory przed przebywaniem w zamkniętej klatce auta, irracjonalny strach, wydaje mi się, że gdy będę na zewnątrz, to w razie potrzeby łatwiej będzie mi uciec.  Kuba jednak mnie przekonuje, wsiadamy my i babeczka od męża.  Jeszcze tylko trzeba się przeprawić przez wiadukt.  A co, jeśli został naruszony przez wstrząsy? A co, jeśli będzie wstrząs wtórny? (stoi na nim sznur aut w każdą stronę) Przejeżdżamy jednak bez problemu, ale w żółwim tempie.  Kolejny wstrząs wtórny dociera do nas, kiedy jesteśmy już daleko od epicentrum.  Tym razem jest dość silny (później dowiadujemy się, że miał siłę 5.4 i dobił naruszone budynki w centrum).  Nam jednak nie może już wyrządzić krzywdy – jesteśmy na szerokiej drodze, na otwartej przestrzeni.  Autem buja jednak nieprzyjemnie…

Po 80 kilometrach żegnamy się z naszym sympatycznym, niedosłyszącym kierowcą i od razu łapiemy kolejnego stopa – młoda dziewczyna tak jak my ucieka z miasta.  Z jej mieszkania w centrum niewiele zostało, w biurze nie ma się co pokazywać do końca tygodnia.  Jest roztrzęsiona, jedzie do Dunedin zrelaksować się u rodziców.  My chcemy jechać do Middlemarch, wysiadamy więc jakieś 60 km przed Dunedin.  Jest już późno, szarówka, że mnie dopiero teraz opadają emocje.  Nie mam ochoty na rozbijanie namiotu.  Chcemy pójść do hotelu.  W miasteczku (nie pamiętam nawet jak się nazywa 🙂 są dwa hotele i motel – wszystkie przepełnione.  Mnóstwo ludzi zatrzymało się tu w drodze do Christchurch.  Kiedy jednak opowiadamy naszą historię od razu znajduje się dla nas pokój, i to za darmo 🙂

Leżę sobie teraz w cieplutkim łóżeczku i zastanawiam się, czy ten długi, dziwny

dzień się naprawdę wydarzył? Wszystko wydaje się takie odległe, surrealistyczne, trochę jakbyśmy po prostu obejrzeli film w telewizji.

Wrzucamy parę zdjęć, które zrobiliśmy – ma się rozumieć nie był to najlepszy moment na robienie fotoreportażu, więc fotki są, jakie są i jest ich niewiele.  Pozdrawiamy!

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+